Adam Grzech, Skywalk Poison 2, 231.93km, 16.02.2008, Mt. Borah (AU)

zapis lotu OLC
plik IGC
relacja ze strony pilota
sylwetka pilota



17.02.2008


W miarę jak kolejne dni uplywaly pod znakiem deszczu i wiatru, desperacja narastala. W czasie, który przeznaczyliśmy na trening i poznanie lokalnych warunków zrobiliśmy jedynie krótkie przeloty − absolutnie nie na miarę naszych ambicji związanych z wyprawą. Rozpoczęły się zawody a pogoda wciąż nie pozwalała na rozwinięcie skrzydeł. W pierwszy dzień najlepszy wyniki to ledwo 50km, drugiego dnia wiatr nie pozwolił na start. Dopiero od trzeciego dnia los zaczął uśmiechać się do zebranych w Manilli pilotów. Zaczęło się skromnie-kilku z nas zbliżyło się do granicy 100km. Kolejnego dnia klasę pokazał Grzesiek Szafrański , kiedy jako jeden z niewielu pokonał magiczny narazie dla nas dystans 100 km lotem w kapryśnych warunkach panujących w okolicy Mt.Borah. Potem pękały kolejne "stówy" ale najlepsze miało dopiero nadejść. Na porannej odprawie 16 lutego, ostatniego dnia zawodów, zapowiadano małe zachmurzenie i silniejszy wiatr. Nastroje wśród Polaków nie były w związku z tym zbyt bojowe. Wystartowałem pierwszy i po wykręceniu podstawy odszedłem na trasę z grupką pilotów. Pamietając wcześniejsze niepowodzenia nie spieszyłem się i pilnowałem wysokości, która wcale nie imponowała-ledwie 1900m n.p.m. W okolicach 30km spotkałem pomarańczowa Omegę Godfreya − właściciela góry. Wspólnie pokonalismy dzielące nas od nizin pasmo górskie. Szło nam na tyle dobrze, że szybko dogoniliśmy pierwsze stado i otoczyły nas najnowsze wyczynówki i kilka glajtów klasy 2-3. Przy kolejnym kręgu jeden z nich rozbłysnął jak lustro. To mógł być tylko "aluminiowy" Poison-2 Tomka Machałowskiego. Przed nami nie było żadnych chmur, lecieliśmy więc powoli w dużym rozproszeniu, wykręcając nieliczne noszenia. Wiedziałem, że jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dzieli nas od bezkresnych terenów rolniczych, których zaorane połacie dzień wczesniej wspaniale podtrzymywały.

 

Do pól dotarliśmy około godz. 17:00. Za nami było już około 100km. Tu niestety kończące się dobre warunki zdziesiątkowała nas a wśród pokrzywdzonych przez los znalazł się niestety i Tomek. Pozostali z turbulentnym noszeniem zyskali trochę wysokości. Tu postanowiłem porzucić grupę, która nastawiona była na osiągnięcie jak największego dystansu do godziny 17:30 o której to kończyła się konkurencja. W efekcie chwilowo zostałem z tyłu ale o 17:40 wszyscy towarzyszący mi wcześniej piloci byli już na ziemi. Ja od oczątku chciałem wykorzystac dzień do końca. Leciałem powoli dokręcając słabe noszenia i pilnując wysokości. Cierpliwość zaprocentowala. Naniesione od gór zimne powietrze trafiwszy na rozgzrzane ugory utworzyło długi szlak pieknych cumulusów, od którego dzieliły mnie dosłownie minuty. Silny komin wywiózł mnie na niespotykaną wcześniej wysokośc 2600m i wreszcie mogłem przyśpieszyć.Na liczniku miałem już 140km. Pilnując wysokości mknałem z wiatrem robiąc zdjęcia i podając koordynaty Ani. Tu niespodzianka, na radio odezwali się koledzy. Zupełnie niezależnie pod szlak dotarły też Grześki: Buławski i Olejnik. Słońce było już coraz niżej, chmury nie dawały noszeń ale pozwalały na łagodny lot w zerkach. O 19:15 spotkałem Trango Grześka, razem krążylismy w ostatnim kominie bardzo powoli zyskując wysokość. Potem z puszczonymi sterówkami, prawie nie opadając ruszyliśmy na ostatnią prostą. Wiedzieliśmy już, ze za kilka minut dołaczymy do grona pilotów, którym już nie wypada życzyć tylko "stówy". Lądowaliśmy o zmroku po przeleceniu ponad 220km w lini prostej. Ania czekała już nas na drodze, a przed nami był 300km powrót do Manilli − ale to już osobna historia.

Czy tu wrócę? Na pewno!

Okazało się bowiem, że przy pogodzie Australia jednak nadaje się do latania. Wystarczy trochę slońca i teren zaczyna pracować a zabranie się z kilkudziesięciu metrów nie jest niczym sczególnym. Manilla to wspaniałe miejsce do doskonalenia umiejętności i i taktyki. Mnie udało się dwa dni pod rząd poprawiać własny rekord. Ze 110km na 130km, a zaraz potem na 230km. W porównaniu z innymi rekordowymi miejscami na świecie nie ma tu silnych wiatrów na starcie ani bezkresnych pustyń. Opowieści o morderczych pająkach i wężach okazały się przesadzone. Wszelkie ryzyko rekompensuje natomiast życzliwośc Australijczyków, której wielokrotnie doświadczaliśmy po ladowaniu. Sieć dróg pozwala na bezproblemową zwózkę z przelotów-szczególnie jeśli za kierownicą siedzi Ania! Jeśli zaś wylądujecie z dala od drogi spotkacie kangury i stada papug. Jeśli po lądowaniu zastanie was noc, doświadczycie nie znanego w zatłoczonej Europie uczucia samotności, na horyzoncie nie będzie żadnych swiateł konkurujących z Krzyżem Południa nad głową.

przygotował: Adam Grzech